Ile gwiazd na niebie, tyle gwiazd na instagramie. Gwiazdy, jak to w odległej galaktyce, zdają się znajdywać lata świetlne przed nami – piękne, błyszczące, niedostępne. Wyciągamy rękę, by ich dotknąć, ale jedyne, do czego dosięgamy, to komentarz pod zdjęciem i lajk. Wyczerpujemy nasze silniki, by do nich się zbliżyć, ale w pogoni gasimy nasz własny blask i…zaczynamy zauważać, że „gwiazdy” świecą jednak odbitym blaskiem. Oczy razi nam blenda światła rzucanego przez sponsorów, odbite w krzywym zwierciadle reflektory prasy i spadamy z hukiem na ziemie. A nasi idole i idolki? Też często spadają, zostawiając za sobą smugę pyłu i spalone ambicje. Ciężar wygórowanych oczekiwań ściąga je w dół. Spada gwiazda, więc myślimy życzenie. Oby nam powiodło się lepiej.

Deynn i Majewski. Słyszymy jak wzdychacie przed komputerami „Nie no, znowu oni”. Dlaczego zdecydowaliśmy się o nich napisać? Bo ciągle oglądamy ich story! Jemy obiad, czytamy książki, pijemy kawę i – oglądamy story Deynn. Wracamy z basenu, czytamy gazetę, biegniemy do pracy i – oglądamy story Deynn. Przejmujemy się światem, walczymy z niewyspaniem, niedoczasem i niedotowarzyskością i – wracamy do oglądania story Deynn. Dlaczego Marita Surma Majewska zajmuje nam ten ułamek czasu z naszego dnia? Dlaczego ciągle wracamy do krótkich filmików o…wszystkim i niczym? Dlatego, że czujemy, że coś nam umknęło. Coś w świecie się zmieniło, coś poszło w niezbyt dobrą stronę. Marita Surma spadła z firmamentu, na którym miała swoje pięć krzykliwych i wulgarnych minut. Spadła i podskakuje, tląc się światłem coraz mniejszym, słabszym…

Zamiast gwiazdą, wolimy być latarnią. Te przynajmniej świecą tu, na Ziemi i w dodatku wskazują drogę.

Jak to się stało, że żywot większości gwiazdek na niebie jest tak krótki? Poza orbitą nie da się przetrwać długiego czasu. Popularność, w dobie social mediów, da się zbudować szybko i stosunkowo łatwo. Marita wykorzystała swoją okazję od razu. Po metamorfozie, dzięki fejmie na blogu i instagramie zyskała wiele okazji do nawiązania współprac – wykorzystała je. Wiedząc, że najlepiej sprzedaje się prywatność – została jej handlarką. W tym wszystkim zapomniała jednak, że tę prywatność możemy sprzedawać tylko i wyłącznie naszą własną. A konsekwencje handlowania nie swoim towarem każdy już zna.

Rozpaczliwe próby ratowania wizerunku są w naszym mniemaniu bardziej niesmaczne niż rzucanie „kurwami” (cóż, nie będziemy tego słowa cenzurować, w końcu Deynn była przedstawicielką takich mark jak Coca-Cola, a im to najwyraźniej nie przeszkadzało 😉 ). Najpierw ślub. Potem morze udostępnianych zachęt do działań charytatywnych. A na końcu przeprowadzka do Stanów, zdjęcie na materacu zamiast łóżka i pokorne „jesteśmy biedni jak mysz kościelna. „Kościelnych” nawiązań jest coraz więcej – gdybyśmy nie wątpili w przemyślaną strategię marketingową Państwa Majewskich pomyślelibyśmy, że to celowe.

Inaczej, ale też pięknie ♥️ #newhouse

Post udostępniony przez DANKO MAJEWSKI (@iammajewski)

Czy Państwu Majewskim życzymy źle? Nie. Z zaciekawieniem oglądamy story Deynn i zastanawiamy się, kiedy jej płomień wygaśnie. I czy zamiast świecić odbitym światłem, znajdzie wewnętrzny płomień, który pozwoli jej dalej funkcjonować.

Czy można to było przewidzieć? Można. Wulgarność w zachowaniu i języku Deynn oznaczać miało jej autentyczność. Dla nas oznaczało po prostu – brak przemyślanej strategii i chaos. Cóż, chaos był na początku i chaos chaosem pozostał. Deynn mimo kosmicznych aspiracji nie odbije się już na tyle mocno, by wskoczyć z powrotem na firmament. Zresztą – tu już świecą inne gwiazdy.

Zdjęcie główne: instagram Deynn (klik)