Zauważyliście, że w ciągu ostatnich kilku lat liczba trenerów personalnych, trenerów kulturystyki i fitnessu znacząco się zwiększyła? Co spowodowało tak nagły i wielki boom trenerski? Czyżby chęć samokształcenia się, a może duża łatwość ukończenia tego typu kursów? Co tak naprawdę stoi za tym, że z miesiąca na miesiąc liczba osób z uprawnieniami trenerskimi zwiększa się w klubach fitness? Czy wiedza tych osób rzeczywiście jest wartościowa?

Nie tak dawno, jakieś 5-8 lat temu, bycie trenerem personalnym to było niezwykłe wyróżnienie. Ukończenie kursu wymagało niezwykle dużej determinacji, gdyż ośrodków do kształcenia nie było tak wiele jak teraz. Certyfikat trenera uzyskiwali w większości Ci, którym bardzo zależało na tym, aby kształcić się i zwiększać swoją wiedzę z zakresu metod treningowych i dietetyki. Jak sięgnę pamięcią, to uzyskanie certyfikatu trenera personalnego albo instruktora kulturystyki było wymagane do pracy w klubach fitness. Jak jest teraz? Czy rzeczywiście wszyscy trenerzy w sieciówkach mogą pochwalić się certyfikatem lub legitymacją? Jeśli tak, to czy ich wiedza jest wystarczająca, aby podjąć się pracy z kimś, kto nigdy nie miał styczności z fitnessem lub kulturystyką? Takie pytania nurtują mnie od dłuższego czasy, gdyż gdzie się nie ruszę, gdzie nie spojrzę, z kim nie rozmawiam, to każdy jest trenerem personalnym i ma swoich klientów.

Ręce opadają

Sam trenuje już wiele lat, jednak przyznam się, że nie mam legitymacji ani żadnego certyfikatu trenerskiego ani instruktorskiego. Jeśli miałbym się na to zdecydować, to tylko po to, aby dla swojego spokoju ducha przypieczętować 8 letni staż treningowy. Póki co, nie potrzebuję tego. W tym czasie uczęszczałem do wielu klubów fitness, zarówno do tych piwnicznych jak i tych nieco bardziej ekskluzywnych. W tej drugiej grupie, niemalże obowiązkowe jest, aby na sali ćwiczeń było kilku trenerów. Jednak czy są oni odpowiednio wyszkoleni? Często w to wątpię. Nie raz widziałem, jak „trener” uczy, mam nadzieję, że nieświadomie, złej techniki ćwiczeń, albo nie zwraca uwagi na błędne wykonywanie niektórych ćwiczeń przez członka klubu. W takiej sytuacji zawsze zastanawiam się o co chodzi? Czy „trener” ma gdzieś to, że ktoś niepoprawnie wykonuje ćwiczenia szkodząc sobie, czy może sam nie ma pojęcia o tym, co robi?! Machałem na to ręką, bo co miałem zrobić, jednak za każdym razem co raz mocniej zastanawiałem się nad „byciem trenerem” i tego, co on tak naprawdę oznacza.

Więcej trenerów niż ćwiczących

Mam wrażenie, że na każdej siłowni, na którą nie pójdę jest więcej trenerów personalnych niż samych ćwiczących. Każdy jest trenerem albo instruktorem. Dlaczego? Wydaje mi się, że to kwestia prostej procedury uzyskania uprawnień do wykonywania pracy trenera. Podobnie jest także w sieci, głównie na Facebooku, gdzie co chwilę widzę kolejnego trenera, który zapewnia o tym, że zadba o mój wygląd i sprawi, że stanę się tym, kim chcę być. Patrząc na te osoby jestem zaskoczony i zasmucony jednocześnie, że prawdziwi trenerzy czy nawet wieloletni kulturyści są mniej popularni niż Fast-trenerzy, którzy w zeszły weekend ukończyli kurs trenera personalnego ONLINE. Niestety, jest to możliwe. Kursy trenerskie można przeprowadzać także w formie wirtualnej. Czy to ma sens? Jak nauczyć kogoś poprawnego wykonywania ćwiczeń, kiedy nie ma się styczności z ciałem? Jak można zastąpić wielogodzinne wykłady o dietetyce ucząc się za pośrednictwem jedynie kursu online? Możliwości uzyskania wszelkich uprawnień jest aż nadto, ale wiadomo, że jeśli jest popyt to jest i podaż.

Marketing a ból kolan

Doczekaliśmy się czasów, kiedy każdy może być każdym. Chcesz być trenerem to bądź. Wystarczy, że ukończysz przyspieszony kurs i umiesz dobrze prowadzić Facebook’a. To trochę podkoloryzowane, jednak rzeczywistość wygląda podobnie. Na przełomie 2 ostatnich lat pojawiło się kilka „gwiazdek”, które wypromowały się w Internecie na ikony fitnessu. Nagrywały filmy, prowadziły treningi personalne, wydawały książki, a na koniec musiały zmierzyć się z falą negatywnych opinii i zarzutami dotyczącymi techniki, braku doświadczenia i szerzenia dietetycznej herezji, a także komentarzy o niszczeniu zdrowia np. stawów kolanowych przez wykonywanie przysiadów ze złą techniką. Sama prawda i czysta prawda, jaką może zauważyć każdy, kto śledzi tematykę sportów siłowych i sylwetkowych.

Najgorsze w tym jest jednak to, że nie ma nikogo, żadnej instytucji, która mogłaby to zweryfikować. Nikogo oprócz głosu świadomych i wykształconych osób, które bronią swojej pracy i tego jak jest ona postrzegana. Jak przeciętny Kowalski ma wybrać odpowiedniego trenera z doświadczeniem i wartościową wiedzą, jeśli każdy może pisać co chce i zdobywać dowolne uprawnienia praktycznie bez większego wysiłku? Może przydałaby się jakaś regulacja prawna lub większy nacisk na praktyczne kształcenie, które weryfikowałoby brak umiejętności? Jak tak dalej pójdzie, to każdy będzie trenerem i instruktorem, a wtedy kolejnym etapem będzie zdobycie tytułu „Trener trenera”. W Polsce bądź co bądź zawód trenera to wciąż cos nowego i świeżego. Dopiero od niedawna Polacy zaczęli postrzegać aktywność fizyczna i odpowiednia dietę jako element zdrowego stylu życia. W związku z tym zwiększyło się zainteresowanie instruktorami i trenerami, którzy są w stanie, a przynajmniej powinni być, pomóc osobie otyłej w poprawie sylwetki, kobiecie po ciąży czy po prostu komuś kto chce czuć się lepiej. Aby dbać o te osoby, z punktu widzenia zdrowia publicznego, może warto byłoby pomyśleć nad powołaniem kogoś lub czegoś z ramienia Polskiego Związku Kulturystyki, Fitness i Trójboju siłowego, aby sprawowało kontrolę nad przebiegiem kursów i jakości wykonywanych usług.

Dlaczego warto być trenerem?

Z pasji do kulturystyki i fitness? Być może w niektórych przypadkach, natomiast w większości jak sądzę, to chęć zarobku przyzwoitych pieniędzy. W Warszawie koszt jednego treningu z trenerem personalnym waha się pomiędzy 100-200 złotych, w mniejszym miastach ok. 50-150 złotych. Nie trzeba być wielkim matematykiem żeby zrozumieć, że prowadząc kilka treningów dziennie możemy zarobić niemałe pieniądze w skali miesiąca. To kusi, dlatego tak wiele osób zgłasza się na kursy i dlatego tak wiele firm je organizuje. Niestety w moim mniemaniu stało się to po prostu biznesem, w którym nie liczy się klient, a raczej to, można dzięki niemu osiągnąć. Patrząc na to można dojść do wniosku, że sentencja „Siła, Sprawność, Piękno i Pasja” straciły na swojej aktualności a w jej miejsce weszło nowe „Kasa, Kasa, Kasa i Klient”.

 

Autor: Kuba Łysiak